Tajemnica lekarska

55 Flares Facebook 54 Google+ 1 55 Flares ×

Ostatnie, co zapamiętała, to jabłka. Słodkie, soczyste, o nienaturalnie nawoskowanej skórce. Trzymała w dłoni krągły owoc i delektowała się jego odurzającym aromatem. Oparła plecy o pień najstarszego drzewa w ogrodzie i zatopiła zęby w świeżym miąższu. Poezja! Winny sok spłynął do gardła. Przymknęła oczy z rozkoszy. Jeszcze nigdy film nie urwał jej się tak szybko. Ewa otworzyła oczy gwałtownie. Leżała w białej pościeli, a w drzwiach sterylnego pomieszczenia stał… (AGNIESZKA)

… wysoki, barczysty blondyn, który przyglądał się jej z zaciekawieniem.

- Witamy wśród żywych – powiedział, wkładając w uszy stetoskop – nieźle odleciałaś. Mało brakowało, a wylądowałabyś u Świętego Piotra na herbacie.

- Gdzie ja jestem? Co się stało? – zadała pytanie, choć wcale nie oczekiwała odpowiedzi. Obserwowała zbliżającego się do niej lekarza, a wspomnienia klarowały się powoli. Jabłko… sok… osa… no tak, ten przeklęty owad musiał ją użądlić i dostała wstrząsu. No nic, poleży na obserwacji i wraca do siebie, przecież nie mogą jej tu długo trzymać… (ELA)

- Chwilę panią  tu potrzymamy –  lekarz chyba czytał w Ewy myślach.

- Z powodu osy?

- Jakiej osy?

- Jabłko, sok, osy… Użądliła mnie osa, dlatego tu jestem! – stwierdziła stanowczo kobieta.

Doktor Marcin Szlachecki był zmęczony dwudziestoczterogodzinnym dyżurem. Marzył o chwili odpoczynku, o ciepłej kąpieli, puchatym szlafroku, dobrej książce. Uśmiechnął się jednak życzliwie (za ten uśmiech uwielbiały go wszystkie stażystki, pielęgniarki i niezamężne pacjentki).

- Nie, to nie była osa. Robimy wszelkie możliwe badania i sprawdzamy, co się tak naprawdę stało. Tymczasem za drzwiami czeka pani mąż. Wpuszczę go teraz, a my widzimy się jutro. Spokojnej nocy Pani Ewo –  odwrócił się w stronę drzwi.  (KAROLINA)

Stojąc na korytarzu Szlachecki przetarł piekące oczy. To był długi dzień, wiele zabiegów, wypadków, a teraz jeszcze to…
Ewa go nie poznała. No jasne, jak miałaby go poznać, minęło tyle lat, a on był zaledwie duchem przeszłości w jej obecnym świecie. Nie, nie był nawet tym. Nie był nawet cieniem jej wspomnienia.
Niechętnym wzrokiem obrzucił faceta, z którym miał właśnie odbyć bardzo trudną rozmowę. Nie mógł się nadziwić, jak Ewa mogła wyjść za kogoś takiego? Typ wyglądał jakby czas spędzał między siłownią, salonami tatuażu i ustawkami pseudokibiców. Ewa i on?
Szlachecki, ogarnij się – napomniał się w duchu. – A co myślałeś, że Ewa i ty…?
(KASIA)

Osa… Nie spotkał jeszcze osy, której użądlenie skutkowałoby amnezją. Po prostu go nie pamiętała. Nie mogła pamiętać. Tamtego lata krążył dookoła Ewy jak… jak ta osa, ale nie ukąsił. Nie miał odwagi. Niski, pulchny, zakompleksiony po cebulki włosów, w okularach. Trzymał się z dala, żeby uniknąć pogardliwych spojrzeń, pożal się Boże, kolegów i – teraz tak to widzi – współczucia koleżanek. O, tak, dziewczyny tak mają: litują się. I tej litości nienawidził najbardziej.

Ewa, tyś najpiękniejsza w całej wsi. Ewa… snopowiązałkę kupię ci.

Potarł dłonią pulsującą skroń i ruszył w stronę wytatuowanego pseudokibica. (AGNIESZKA)

- Dzień dobry, nazywam się Marcin Szlachecki, jestem lekarzem prowadzącym pańskiej żony.
- Yhmmm, no i co tam jest mojej niuni? – paker ostentacyjnie żuł gumę.
- Tego jeszcze nie wiemy. Zemdlała, robimy badania. Ale wydaje się, że niewiele pamięta z ostatnich wydarzeń sprzed wypadku – Marcin bacznie przyglądał się reakcji męża Ewy.
-Aaaa to nie szkodzi. Żona tak czasami miewa, niech się pan nie przejmuje.
- Musimy zrobić jej wszystkie badania, zatrzymamy ją na kilka dni – powiedział stanowczo i zniknął za drzwiami gabinetu lekarskiego.

Co ten paker sobie wyobraża. „Nie szkodzi, że nie pamięta”. No jasne, jakbym to ja oberwał kawałkiem gałęzi to też bym nie pamiętał. Szlag. Że też to musi być Ewa… Szlachecki, jesteś profesjonalistą, nie wyciągaj pochopnych wniosków – może ta gałąź po prostu na nią spadła… Może, może… Pozostanie mi się tego dowiedzieć. Westchnąwszy, zasnął na niezbyt wygodnej kanapie w pokoju lekarskim kamiennym snem . (MARTA)

Odleciał. Przeniósł się w słoneczną kojącą krainę. Wokół drzewa pięły się pod samo niebo, a wysoka trawa delikatnie łaskotała jego wyrzeźbione łydki. Szedł przed siebie spokojny, oddychając pełną piersią, z dziwnym przeświadczeniem, że na końcu drogi czeka go coś miłego.

Czekała na niego ubrana w kwiecistą sukienkę.

Przyśpieszył kroku, co chwila przeczesując dłonią, swą bujną grzywkę. Wiedział, że gdy weźmie ją w ramiona, będzie tylko jego. Jego Ewa. Jego pragnienie, jego muza. Padli sobie  w ramiona jak starzy kochankowie. Ich usta skleiły się w soczystym pocałunku. Oboje pragnęli, by taniec ich warg trwał nieprzerwanie. Chyba zbyt mocno przycisnął jej usta do swoich, bo wydała z siebie ciche syknięcie.

- Co się stało, przesadziłem ?

- Nie kochany, to nic. Przygryzłeś mi wargę zbyt mocno.

- Wybacz, to dlatego, że nie potrafię się tobą nasycić moja Ewo. Moja piękna.

- Kochany i ja czuję niedosyt za każdym razem gdy bierzesz mnie w ramiona. Moje serce wariuje od samego patrzenia na Ciebie, a usta drżą z podniecenia… Ewa przerwała. Jej wzrok utkwił gdzieś w oddali – Gdyby nie mój mąż…- dodała.

Obudziło go pukanie do drzwi. Jego kitel był wygnieciony, czoło spocone, a nabrzmiały problem utrudniał mu podniesienie się z kanapy. Wygramolił się w stronę drzwi, ale tego co się za nimi kryło nie przewidział … ( MagdaLENA)

Kolejna twarz z przeszłości. Jak to możliwe? Z przeszłości, którą przez lata chował głęboko za zasłoną niepamięci. Nie chciał wspominać tamtych czasów. Szkolnych lat, gdy był najniższy i, no tak, najgrubszy w klasie. Co z tego, że tamtego chłopaka już dawno nie było? Co z tego, że teraz mógł się poszczycić wysokim wzrostem i muskularną, proporcjonalną sylwetką? Co z tego, że okulary kujona dawno zamienił na dyskretne szkła kontaktowe? Dziś już drugi raz poczuł się znowu tym zakompleksionym nieśmiałym chłopakiem, który ciągle w nim żył.

Tak, musiał to przyznać, „Wieprzek Marcin” – jak nazywali go wtedy „koledzy”, pozostał w nim na zawsze.
- Paweł? – spytał pełnym zdziwienia głosem, powstrzymując gonitwę natrętnych myśli.
- Cześć, stary – przywitał się gość z nonszalancją.
- Kopę lat.
- Prawda?
- Co cię sprowadza? – spytał Szlachecki, siląc się na raźny ton. Spotkanie największego dręczyciela z lat szkolnych nie było czymś szczególnie przyjemnym. Dodatkowo Paweł, odwrotnie niż on sam, niewiele się zmienił. Już wtedy był przystojniakiem, za którym latały wszystkie dziewczyny. W tym Ewa. Miał w oku ten nieokreślony błysk, jakąś mroczną tajemniczość, która tak pociągała kobiety.
- Marcin, to delikatna sprawa. Mogę wejść? – Paweł wskazał dłonią wnętrze pokoju lekarskiego.
- Jasne, choć kawy ci nie zaproponuję. Jest wyjątkowo obrzydliwa.
- Nie przyszedłem tu pić kawy – odparł tamten poważnie.
Gdy już zajęli miejsca na wysłużonych, obskurnych kanapach, gość powiedział coś, co ponownie wprawiło Szlacheckiego w niezłą konsternację:
- Słyszałeś o Armii Murarza?
- Tym gangu? – zdziwił się lekarz, jednocześnie zastanawiając się, co to może mieć z nim wspólnego.
- Raczej: organizacji przestępczej – sprostował Paweł. – Pracujemy nad nimi.
- Jacy „my”?
- Ewa i ja.
Szlachecki patrzał na niego w totalnym osłupieniu, więc Paweł dodał:
- Ewa jest naszą agentką.
(KASIA)

- Ewa? Agentką? O czym ty do jasnej cholery mówisz?! – wykrzyknął w końcu Marcin.  Nie chciał tego, ale poniosły go emocje. Miał naprawdę ciężki dzień. Kiedy poprzedniego poranka szykował się do pracy nie przypuszczał, że oto przyjdzie mu się zmierzyć z przeszłością. Nie spodziewał się, że spotka swoją dawną miłość, a już tym bardziej nie przyszłoby mu do głowy to, że ma ona męża – tępego mięśniaka, i że jest jakąś agentką. Dlatego, gdy Paweł z takim spokojem patrzył na lekarza ten wybuchnął – Co ty sobie wyobrażasz? Że możesz tu do mnie przychodzić i robić ze mnie idiotę?! Zachciało ci się powtórki ze szkolnych lat? Mało ci było gnębienia mnie? Jeżeli myślisz, że pozwolę ci na to, to jesteś w wielkim błędzie! Ja już…

- Marcin, Marcin, uspokój się! – Paweł podniósł się z kanapy i podszedł do lekarza. Ten jak oparzony poderwał się ze swego miejsca, gotowy do starcia. Ale Paweł wcale nie zamierzał się z nim szarpać. Zrobił coś, co wprawiło Marcina w konsternację – ujął go za ramiona i powiedział  – Powinniśmy zacząć od tego – wybacz mi. Wtedy w szkole… Byłem głupim szczeniakiem, nie wiedziałem, że razem z resztą tych wariatów robimy ci taką krzywdę. Wiem, że po tych wszystkich latach może to nie mieć dla ciebie żadnego znaczenia, ale jest mi naprawdę cholernie przykro.

Marcin wpatrywał się w Pawła ze zdumieniem. Po raz kolejny tego dnia poczuł się nieswojo . Ale Paweł nie dał mu odpocząć od wrażeń.

- Usiądź. Muszę ci wyjaśnić kilka rzeczy, choć oczywiście nie powiem ci wszystkiego, bo to mogłoby zaszkodzić sprawie. I tobie.

Marcin posłusznie klapnął na kanapę. Postanowił nie odzywać się, dopóki nie będzie to koniecznie. Czuł wstyd za swój wybuch, ponieważ był raczej zrównoważonym człowiekiem, który zachowywał zimną krew w trudnych sytuacjach. Opanowanie było dokładnie tą cechą, która każdego dnia przydawała mu się w jego pracy.

- Ja i Ewa jesteśmy partnerami w śledztwie dotyczącym Armii Murarza. Od kilku lat próbujemy znaleźć na nich coś tak dużego, by zapakować ich na wystarczająco długi czas, żeby po wyjściu byli za starzy na kontynuację tego, co robią teraz. Małżeństwo Ewy i tego typa, którego na pewno miałeś już wątpliwą przyjemność poznać, zostało ustawione. Mamy pewność, że  jest on jednym z członków, jak to powiedziałeś „gangu”. Ewa zdecydowała się na ślub z Karolem Czerwińskim, zwanym również  „Czerwony Lolo”, tylko po to, by przeniknąć do wnętrza tego światka. Dzięki temu udało nam się zdobyć kilka bardzo ważnych informacji, które miałem nadzieję, że przybliżą nas do sedna sprawy. A później wydarzyło się to – wypadek Ewy. Mam podejrzenia, że stoi za tym jej ukochany mężulek. Prawdopodobnie zaczął się czegoś domyślać, choć dałbym sobie rękę uciąć, że w jego zakutym łbie nie ma ani krzty rozumu… Całkiem możliwe, że Ewie grozi niebezpieczeństwo, dlatego też przyszedłem do ciebie… (BENIA)

- Do mnie? A co ja mam z tym wspólnego?

- No wiesz… ze względu na stare lata – zaczął niepewnie Paweł. – Ze względu na to, co czułeś do Ewy…

- Wiedziałeś?

- Wszyscy wiedzieli.

- Stare lata to stare lata. Szkoła już dawno za nami. Nie widzieliśmy się jakieś 15 lat. A teraz ty, akurat ty, przychodzisz do mnie i chcesz… – Głos Marcina znów zaczął się podnosić, ale nagle przerwał, by po chwili spytać – Czego ty właściwie ode mnie chcesz?

Zapytał nie dlatego, że naprawdę chciał mu pomóc, chodziło raczej o zwykłą ludzką ciekawość – w końcu sprawa, z którą przychodził do codziennych nie należała. Potrzebował też usłyszeć, czego Paweł od niego potrzebuje, by móc mu z satysfakcją odmówić.

- Widzisz, ten drugi lekarz…

- Profesor Maliszewski?

- Tak, chyba tak, mówi, że Ewa prawdopodobnie będzie mogła opuścić szpital za 4-5 dni.

- Nie powinno to dłużej potrwać. Jutro będziemy mieli wyniki badań. Zostanie jeszcze na obserwacji. Ale, nie licząc oczywiście amnezji, nie wygląda to źle… Na moje oko to sprawa dla policji a nie lekarzy.

- Właśnie, dlatego chciałem prosić cię żebyś przetrzymał ją tu jak najdłużej. Tu w szpitalu powinna być bezpieczna. Nie wiemy do czego Lolo jest zdolny. A Ewa, z tą amnezją, nie pamiętając ostatnich wydarzeń, a nawet kilku ostatnich lat, jest całkiem bezbronna. Mógłbyś zatrzymać ją na oddziale jak najdłużej? I trzymać Lola z daleka od niej? Jeśli on wie lub chociaż podejrzewa, że Ewa jest tajniakiem, może posunąć się do najgorszego. Ona, nieświadoma niebezpieczeństwa jakie jej grozi, nie będzie nawet w stanie zachować odpowiedniej czujności a w razie czego się obronić…

- Zdajesz sobie sprawę, że mogę mieć przez to kłopoty? Co ty myślisz, że szpital to jakiś hotel? Przechowalnia? Nie mam z waszą sprawą nic wspólnego. I nie chcę mieć.

- Wystarczy, że będziesz zlecał jakieś dodatkowe badania. Naciągniesz trochę fakty. Powiesz, że trzeba wykluczyć jeszcze to i owo, że to musi potrwać. A ktoś z naszych zawsze będzie tu w szpitalu czuwał.  Marcin, tu chodzi o życie Ewy! Rozumiesz?

Kilka godzin później, gdy już w swoim mieszkaniu Marcin nalewał do szklanki whiskey, wciąż jeszcze nie mógł zrozumieć jak to się stało. Jak to możliwe, że zgodził się pomóc Pawłowi? Człowiekowi, który był uosobieniem większości jego upokorzeń z lat szkolnych. Gdyby nie to wszystko, co przez niego wycierpiał , pewnie nigdy nie starałby się udowadniać światu, że jest coś wart, nie zdecydowałby się na studia medyczne, na tyle lat katorżniczej pracy, naukę w każdej wolnej chwili, łapanie się wszystkich możliwych prac dorywczych, by móc utrzymać się w trakcie studiów, na zagraniczne staże…  W głowie kłębił się ogrom myśli, alkohol przyjemnym ciepłem docierał do żołądka. Właśnie teraz, gdy Marcin ma realną szansę zostać najmłodszym ordynatorem w historii szpitala, zjawia się nagle Paweł i chce, żeby wyświadczyć mu przysługę. Przysługę, o której może dowiedzieć się profesor Maliszewski – staruszek, zawsze taki zasadniczy, uczciwy, nigdy nie pozwalający na jakikolwiek bałagan czy nieprawidłowości w funkcjonowaniu swojego oddziału, wkrótce wybiera się na emeryturę i już niebawem ma ogłosić kogo rekomenduje na swoje miejsce. To jasne, że właśnie Marcin ma największe szanse, ale jeżeli Maliszewski dowie się o Ewie… Właśnie, Ewa, gdyby chodziło o kogoś innego. Ale przecież to Ewa. Jego Ewa. Nieważne, że kiedyś tak brutalnie go odrzuciła. To wciąż była ta sama Ewa, pierwsza miłość, pierwsza kusicielka. Zakazany owoc.

Zanim wyszedł ze szpitala po skończonym dyżurze, wstąpił jeszcze na chwilę do jej sali. Spała. Zatopiona w białej szpitalnej pościeli wyglądała tak niewinnie. Stanął w ciemnej części pomieszczenia, tuż przy drzwiach, gdzie nie docierało światło małej lampki wiszącej przy jej łóżku. Przyglądał się Ewie z zaciekawieniem i doszukiwał wszystkich zmian, które odcisnęło na niej ostatnich kilkanaście lat. Obserwował jak spokojny, miarowy oddech delikatnie porusza jej ciałem. Jego wzrok spoczął na poduszce – potargane kasztanowe włosy rozlały się po niej niczym rozrzucony bukiet kwiatów. Miał ochotę podejść, przygładzić je, dotknąć niesfornych kosmyków. Po tylu latach wciąż jeszcze pamiętał jak pachniały włosy Ewy. Wtedy były bardzo długie a ona plotła z nich warkocz. Tylko raz widział je rozpuszczone, tamtego lata, na plaży… Dziś nie było warkocza, włosy nawet nie sięgały do ramion. Kobieta poruszyła się przez sen. Marcin, przerażony tym, że jego obecność może przestać być tajemnicą, przywarł plecami do ściany, jeszcze bardziej topiąc się w mroku. Lewą ręką po omacku poszukał klamki, po czym cicho wymknął się z pokoju, bezgłośnie zamykając za sobą drzwi.

Ledwie to zrobił Ewa tworzyła oczy. Wiedziała, że tu był, widziała jak wchodził. Nie wiedząc jak się zachować, spanikowała i udawała, że śpi. Miała mętlik w głowie. Owszem, nie pamiętała ostatnich kilku lat, nie rozumiała kim jest facet, który nazywa ją „niunią”, nie widziała jak to się stało, że znalazła się w szpitalu, dlaczego Paweł wpadł jakby się ukrywał i wypytywał o jakąś „akcję” – tamten stary lekarz powiedział, że to amnezja. Ale jego, Marcina, Ewa pamiętała. Jego nie mogła zapomnieć. Nie po tym jak go potraktowała wtedy, piętnaście lat temu…

Wykończony długim dyżurem Marcin zasnął na kanapie z drinkiem w dłoni, wciąż nie mogąc poradzić sobie z natłokiem myśli wynikających ze zdarzeń mijającego dnia oraz powracających wspomnień. Obudził go dźwięk przekręcanego zamka w drzwiach. Drzwi, jak zwykle się zacinały – tyle już razy miał je naprawić – usłyszał jak ktoś kopie w nie nerwowo. To musiała być Ada. Któż by inny. Zawsze taka elegancka, powściągliwa, nienaganna. Ale przy tych drzwiach dostawała szału, klęła jak szewc i kopała w nie tymi swoimi szpileczkami od Jimmy’ego Choo. Wreszcie drzwi puściły.

Ada stanęła w progu.

- O, jesteś już kochanie, to świetnie. Zaraz zrobię nam coś do jedzenia. Wszystko zgodnie z planem – dzieci zawiozłam do moich rodziców. Mamy cały weekend dla siebie. Jak twój dyżur? (MONIKA)

- W porządku – skłamał odruchowo.

Już raz popełnił błąd opowiadania jej o swojej pierwszej miłości. Ada przyjęła jego historię, wchłonęła ją pełna współczucia, i teoretycznie nic się nie stało. Temat wybuchł mu w twarz później, niczym bomba z opóźnionym zapłonem. Cały okres ciąży i karmienia był zmuszony wysłuchiwać wyrzutów i uspokajać szalejącą z zazdrości żonę.

Na nic się zdało odwoływanie się do tak idiotycznych argumentów jak fakt, że to z nią się ożenił, że to ona nosi jego dziecko (a potem bliźniaki), a Ewa zniknęła z jego życia siedem lat temu i nawet nie wie, co się z nią dzieje. Ada krzyczała o byciu „substytutem”, „marną imitacją” i „inkubatorem, liczącym się tylko ze względu na dziecko”. Kiedy odwołał się, do zmian hormonalnych, które wpływają na jej organizm i dosłownie zmieniają osobowość, trzasnęła drzwiami i dwa tygodnie musiał się płaszczyć przed teściem, by w ogóle mieć szansę na jakiekolwiek wyjaśnienia.

Nie, wspominanie o Ewie stanowczo nie jest dobrym pomysłem. Co prawda nie planowali więcej dzieci, a perturbacje hormonalne towarzyszące oczekiwaniu na Mirę i bliźniaków mieli już dawno za sobą, ale Marcin postanowił nie ryzykować. [EWA]

Wreszcie znalazł czas, żeby przejrzeć wszystkie wyniki badań. Alergia krzyżowa! To nie osa, jednak nie osa… Ale jabłko tak. Plus ta brzoza, pod którą siedziała. Teraz dopiero pokojarzył: przecież mąż, tfu, tfu, pacjentki (nie, nie będzie mówił o niej per: Ewa; niech pozostanie wyłącznie wspomnieniem, dobrym wspomnieniem i… marzeniem) zarechotał obleśnie na wieść o jej wypadku i rzucił coś o jakiejś ku…a brzozie, co chyba zaczarowana jest, bo co… pacjentka pod nią usiądzie, to jej się na łeb rzuca. Jakoś tak doktorowi Marcinowi chodzi po głowie, że użył ten amator siłki innego słowa niż „zaczarowana”, ale z grubsza jakieś magiczne działanie musiał mieć na myśli.

Więc alergia krzyżowa na pewno i wstrząs anafilaktyczny właśnie stąd. Ale była i złamana gałąź… Może zbiry z Armii Murarza jednak chciały przetrącić jej kark…? Przecież Paweł może tę wiedzę wykorzystać w słusznej sprawie: nikt poza nim (poza nimi…?) nigdy nie dowie się, że… pacjentka ma alergię. Tak, to jest dobre rozwiązanie. Proste i dobre. Paweł zajmie się śledztwem, a on naprawianiem relacji w swoim małżeństwie.

A potem się zobaczy…

7 comments on “Tajemnica lekarska
  1. Ha !
    Wyszło przednio :)
    Niesamowite jest to jak różne mamy spojrzenia i jak z różnych myśli potrafimy stworzyć spójną całość.
    Dziękuję za zaproszenie do projektu i czekam na kolejne szalone pomysły !!!

  2. Ja chcę jeszcze raz!!!
    Bawiłam się świetnie, dzięki za zaproszenie. Z przyjemnością będę śledzić jak rozwijać się będą Wasze „Pomysły”. Powodzenia!

    A zakończenie naszego opowiadania mnie zaskoczyło. Więc to była alergia… Kto by przypuszczał… ;-)

    • W związku z licznymi prośbami z źródeł różnych oraz w związku z tym, że bawiłyśmy się faktycznie świetnie – planujemy kolejny zryw :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>